Początek. >> sobota, 10 stycznia 2009 11:55:46
Witam!
Zaczynam od nowa. Tzn, mam nadzieję, że w końcu udało mi się napisać początek. Przyznam wam się, że próbowałam już wcześniej, ale nie wychodziło mi. Po ponad roku jednak udało się. Sama uważam, że ta notka jest na poziomie średnim, ale w tych niższych granicach. Zdaję sobie sprawę, że wyszłam z wprawy. Bohaterowie są w 6 klasie, to chyba tyle z wyjaśnień. W każdym bądź razie, miłej lektury życzę!
***
- Evans, czekaj!
Lily rozpoznała głos Jamesa. Nie odwróciła się, nie stanęła.
- Jeśli czegoś chcesz Potter, musisz sam po to przyjść i poprosić. Wtedy ja zastanowię się i może Ci to dam, a może nie. - odpowiedziała idąc dalej.
Kruczoczarna czupryna w końcu dogoniła rudowłosą. Chłopak złapał Lily za rękę i odwrócił.
- Puść mnie, Potter! - warknęła.
- Z chęcią, ale najpierw muszę zadać ci pytanie.
Dziewczyna spojrzała na niego wymownie.
- Nie umówię się z Tobą, ile razy trzeba Ci powtarzać, by ta informacja w końcu dotarła do Twojej głowy?
- Głodnemu chleb na myśli. - odpowiedział z uśmiechem. - To bardzo miło z Twojej strony, że nie możesz zapomnieć o mnie, ale nie o to chciałem spytać.
- Oh. - speszyła się. - Więc cóż to za sprawa, niecierpiąca zwłoki?
- Musisz napisać mi pracę domową transmutacji, ja kompletnie nie mam do tego głowy.
Lily prychnęła z pogardą i ruszyła przed siebie. Chłopak szybko ją dogonił i zagrodził drogę.
- O co Ci chodzi? - zapytał.
- O magiczne słowo, Potter.
- Proszę. - powiedział, po czym dodał. - żebyś nie akcentowała mojego nazwiska w tak lodowaty sposób. To się wymawia miękko, z uwielbieniem.
- Niewiarygodne. Słuchaj, kochasiu. Nie napiszę Ci żadnej pracy domowej ani teraz, ani nigdy. Wybij to sobie z głowy...POTTER.
- Oj, Evans, Evans. Nadal się dąsasz za to, że Cię wystawiłem w pierwszej klasie? Przecież to stare dzieje, zapomnij. Było - minęło.
Dziewczyna zarumieniła się.
- To nie ma nic do rzeczy, po prostu nie jestem Twoim sługą i nie mam czasu, na takie pierdoły.
W tym momencie zza zakrętu wyłoniła się drobna blondynka, o jasnoniebieskich oczach. Z gracją kotki podeszła do chłopaka i pocałowała go w usta. Samą Lily zamurowało na ten widok. Po 1. Nie wiedziała, że Potter JUŻ znalazł sobie nową dziewczynę. Po 2. Czuła się niezręcznie w tej sytuacji. Po 3. Blondwłosa piękność definitywnie nie była z Gryffindoru, a ogółem rzecz biorąc James Potter gustował tylko w Gryfonkach.
- Lily, Lily! - zawołał chłopak machając jej przed nosem rękoma. - żyjesz?
- Co? Ah, tak, tak. Zamyśliłam się tylko. - tu rozejrzała się, ale blondynki już nie było. - Myślałam, że ograniczasz swoje łowy tylko do Gryfonek.
- Tak było. - uśmiechnął się. - Ale stwierdziłem, że muszę być bardziej otwarty na świat i ludzi. Ty też powinnaś tego czasem spróbować, mała zazdrośnico.
- Że co proszę? Potter, po prostu zejdź mi z oczu. - powiedziała, po czym odeszła do swojego dormitorium. Nie usłyszała szeptu, jaki wydał z siebie chłopak.
- Nawet nie wiesz jak bardzo chciałbym Ci zejść z oczu. Problem w tym, że moje serce nie chce.
***
W Dormitorium Dziewcząt
Lily Evans, jak oszalała wbiegła do dormitorium trzaskają przy tym mocno drzwiami. Usiadła na swoje łóżko, wzięła do ręki poduszkę i zaczęła krzyczeć.
- JAK JA GO NIENAWIDZĘ! NIENAWIDZĘ! NIENAWIDZĘ!
Jej przyjaciółki spojrzały na siebie znacząco. Jedna z nich, brunetka, podeszła do źródła wrzasku i usiadła koło niej na łóżku.
- Co, ZNOWU, zrobił Potter? - zapytała.
- Dorcas, mówię Ci, nie uwierzysz. ON jest NIEREFORMOWALNY! Więc, od czego mam zacząć?
Na to, z końca pokoju odezwała się dziewczyna o różowych włosach.
- Najlepiej od początku. - powiedziała z nutką ironii w głosie.
- O boże! Tonks, jakaś ty zabawna! Czemu wcześniej tego nie zauważyłam? - odcięła się Lily. - W każdym razie. Idę sobie korytarzem i ktoś mnie woła. W związku z tym, że rozpoznałam Pottera, to szłam dalej.
Ten mnie, oczywiście, brutalnie zatrzymał i zgadnijcie czego chciał?
- UMÓWIĆ SIĘ Z TOBĄ?- krzyknęły chórem.
- Też tak myślałam na początku, ale nie. On żądał, żebym zrobiła mu prace domową z transmutacji. Rozumiecie? ON ŻĄDAŁ! Boże, co za kretyn.
W każdym razie, odmówiłam i wtedy pojawiła się ta dziewczyna, z Ravenclavu! Ta taka długowłosa blondynka, niebieskie oczy, głupia...kojarzycie?
Dziewczyny w milczeniu skinęły głowami.
- No, więc ona się pojawiła. Podeszła do Jamesa, do Pottera się znaczy i pocałowała go!
Na twarzach przyjaciółek pojawiło się ogromne zdumienie oraz smutek.
- CO?! ON MA JUŻ DZIEWCZYNĘ?! - wybuchnęła płaczem Dorcas.
- ALE PRZECIEŻ ONA NIE JEST Z GRYFFINDORU! - krzyczała Tonks.
- PRZECIEŻ JA...JA BYŁAM Z NIM UMÓWIONA NA DZISIAJ! - powiedziała, zalana już łzami, drobna blondynka.
- Odpowiem pokolei.- zarządziła Lily, zdegustowana tą całą sytuacją. - Tak, Dorc, ma już dziewczynę. Tak, Tonks, ona nie jest z Gryffindoru jak już wcześniej wspomniałam, powiedział, że musi być bardziej otwarty na ludzi. I tak, Diana....! Czekaj, stop! BYŁAŚ Z NIM NA DZIŚ UMÓWIONA?!
W tym momencie, wszystkie pary oczu zwróciły się na blondynkę. Zaczęła się żywa dyskusja, ale Lily już w niej nie uczestniczyła. Skorzystała z nieuwagi dziewcząt. Wyszła z dormitorium, po czym udała się do sowiarni.
***
Cicho skradała się do małej wieżyczki, gdyż było już po ciszy nocnej. Różdżką oświetlała sobie kręte schody.Gdy dotarła na samą górę ktoś przed nią krzyknął.
- Stój! Kim jesteś?
Lily zachwiała się, ale postąpiła krok do przodu, by nie upaść. Mogła dostrzec tylko różdżkę wyciągniętą w jej stronę. Zawahała się:
- Ja...Ja jestem Lily Evans, chciałam tylko wysłać list i...
- O, to ty Lily. - usłyszała zmęczony, smutny głos. Nagle nieznajomy okazał się dobrze znajomym.
- James?! Co ty tu robisz o tej porze? - powoli nabierała pewności siebie.
- Wysyłam list i rozmyślam, prawdopodobnie to samo, co ty. - odpowiedział sarkastycznie.
- Umiesz pisać - uśmiechnęła się mimowolnie. - I myśleć! Tego o Tobie nie wiedziałam. - przy tym zaśmiała się już głośno.
- Ciszej, jest po 22. - upomniał ją, przy czym ona się speszyła. - A co do Twojej wcześniejszej wypowiedzi, dużo o mnie nie wiesz. - dodał spokojnie.
- Nie rozumiem. - zaczęła. - Dlaczego nie jesteś taki codziennie? To by Cię stawiało w całkiem innym świetle, wiesz...?
Spojrzał na nią zaskoczony.
- Czyżby? W jakim świetle by mnie to stawiało, Lily? Nadal w świetle wroga nr 1, ale umiejącego myśleć?
- Nie atakuj mnie. Nie zmieniaj się znowu w tego półgłówka. Teraz wydajesz się wartościowym człowiekiem.
- Wiesz, poza Tobą, nikt nie jest idealny. - powiedział, po czym wyszedł, zostawiając ją z wojną myśli.
Więc jaki w końcu jest James Potter?
***
I, co myślicie?
Pozdrawiam
Pastereczkakomentarze [1]Koniec, jeden z wielu. >> wtorek, 5 czerwca 2007 14:12:36
Cholera, zawieszam. Znowu.
Miałam koncepcję, ale mi uciekła, ot tak, wzięła tyłek za pas i pobiegła tam, gdzie jej nie znajdę. Lily mnie nudzi, cholernie nudzi, jest pospolita, zwyczajna, znana. Moja Lily jest jedną z wielu, a ja nie lubię rzeczy 'jednych z wielu'. Może mi odbiło. Zwyczajnie jak mnie najdzie, to napisze. To może trwać wieczność, poszukiwanie weny. Myślę, że zacznę pisać coś innego, zwyczajnego. Powiadomię was wtedy. Dziękuję za uwagę.
Pozdrawiam
Autorkakomentarze [10]Prolog. >> sobota, 5 maja 2007 15:57:28
‘Patrzysz na mnie ze ściany, uśmiechasz się, a wiatr podwiewa Ci sukienkę, ukazując nogi o bardzo kobiecych kształtach. To ich wina, Twoich nóg, krągłych bioder, dużych, równych piersi, pełnych warg, ogromnych oczu, pokrytych bujnymi rzęsami…i włosów, cudownych, gęstych, blond włosów. Dlatego zginęłaś, najpierw goła, zgwałcona próbowałaś się ratować, potem strzał w prawą pierś, umierałaś powoli, Twoje cudowne ciało przeszywało tysiące ciosów, taki los Cię spotkał, Andrea, wszystko przez piękno. Byłaś szczęśliwa, do czasu, gdy zaczęłaś rozumieć, zbuntowałaś się, Twoje życie przerodziło się w piekło, nie mięli do Ciebie szacunku, nawet po śmierci, a mnie, jako Twoją córkę, hodują na podobiznę matki, ale nie martw się, nie dostaną cudownych, krągłych kształtów, jedyne, co im zaoferuję, to anoreksja’. „Skończyłam pisać, po czym odłożyłam zeszyt do szafki. Tak, postanowiłam, nie mam dość odwagi, by się zabić, więc będę umierać powoli, stopniowo, kościotrupa nie wylansują.
- Lily! Spóźnimy się na pociąg, rusz się, do cholery! – usłyszałam ten przeraźliwy krzyk, to Marta, moja niańka, nienawidzi mnie, z resztą, z wzajemnością.
- Rozluźnij poślady, Marta! Przecież już schodzę! – złapałam kufer, po czym staszczyłam go ze schodów.
- Zostawiam go w Twoich rękach, jeśli nie otrzymam go całego i zdrowego, radzę uciekać z kraju, hm, lepiej od razu się zabij. – powiedziałam, zostawiając torbę przed niańką.
- Jak sobie życzysz, panienko. – odpowiedziała, po czym uśmiechnęła się ironicznie. – Jurij czeka na zewnątrz.
Przeszłam przez recepcję, po czym wsiadłam do czarnej limuzyny.
- Panienka Evans, miło widzieć. – uśmiechnął się kierowca.
- Lily, Jurij, mów do mnie po imieniu.
- Przepraszam…
- I nie przepraszaj, wiem jaką presje wywierają na Tobie dziadkowie. – uspokoiłam mężczyznę.
- King Cross, peron 9 i 3/4, tak? – zapytał.
- Ta…-spojrzałam przez okno, po czym zapytałam. – Jurij, znałeś moją matkę?
- Oczywiście, panienko.
- Lily, żadna ‘panienko’. Powiedz mi, jaka ona była?
- Piękna, z resztą, jesteś jej żywą kopią, przemiła, pomocna, wydawałoby się, że nie miała wrogów, taka strata.
- Dlaczego oni mnie nie wyrzucą na próg? Nienawidzą mnie…
- Po pierwsze, zamierzają zrobić z Ciebie Twoją matkę, zbiliby na Tobie fortunę, a po drugie, nie mogą, takie prawo.
- Nie jestem do niej podobna, jestem wstrętna, rude włosy, piegi, zielone oczy…-żachnęłam się.
- O nie, mimo wszystko, jesteście bardzo podobne, a ty, młoda damo, nawet nie wiesz, jaka jesteś piękna.
Chciałam się na niego wydrzeć, matka była jedyna w swoim rodzaju, jak śmie mnie do niej porównywać, ale wtedy auto stanęło i kazał mi wysiąść.
- Nie wiesz, o czym mówisz. – powiedziałam wysiadając z wozu. – Nigdy nie znajdą drugiej takiej, jak Andrea, ona była aniołem.
Kolejne wydarzenia działy się bardzo szybko, weszłam w ścianę, potem do pociągu, przedział miałam już zajęty ‘Kochani dziadkowie, mają władzę’, ruszenie lokomotywy, dalej już tylko krople deszczu na szybie.
- Mogę? – w drzwiach stała drobna blondynka, patrzyła na mnie prosząco.
- Hm, oczywiście. – zezwoliłam.
- Przepraszam, wiem, że ten przedział powinien być tylko i wyłącznie dla Twojej dyspozycji, ale ledwo udało mi się uciec…
Wtedy do środka wpadła zgraja chłopaków, jeden z nich, o długich, prostych blond włosach i żelaznych oczach złapał dziewczynę za nadgarstek i syknął.
- Jeszcze z Tobą nie skończyłem. – na moich oczach zaczął zdzierać z niej bluzkę, blondynka płakała, nie przejmował się moją obecnością, goryle, za nim dopingowali kolegę, a przed moimi oczami stanął obraz, o którym chciałam zapomnieć, tamtej nocy, obserwowałam, jak niszczyli moją matkę, od środka, jak również z zewnątrz. Ogromna fala złości zalała moje ciało, drugi raz na to nie pozwolę.
- Zostawcie ją! – krzyknęłam.
Chłopaki zamarli, a główny sprawca spojrzał na mnie z chęcią mordu.
- Zostawcie ją – powtórzyłam.
- Oho, a kogo tu mamy? Chyba nie zdążyliśmy się zapoznać, Lucjusz Malfoy. – wyciągnął do mnie rękę.
- Lily Evans – zaczęłam – A teraz, zabieraj się stąd, razem ze swoją zgrają, hm, debili.
- Ostre słowa, piegusie. Spoko, nie chcemy awantur, już idziemy, ale lepiej miej się na baczności, to dopiero początek. – zagroził palcem, po czym kopnął dziewczynę i wyszedł.
- Nic Ci nie jest? – zapytałam pomagając blondynce wstać.
- Chyba nie, dziękuję. – spojrzała na mnie oczami pełnymi łez.
- Drobiazg, naprawdę, jesteś pewna, że nic Ci się nie stało?
- Jestem do tego przyzwyczajona, serio, poradzę sobie. – uśmiechnęła się smutno.
- Lily Evans.
- Emily Nutley, zaraz, ty nie jesteś córką tej, tej kobiety, Andrei?
- Ta…
- Przykro mi, poważnie, to była cudowna kobieta, znaczy, ja jej nie znałam, ale moja matka.
- Wolałabym o tym nie mówić. – zakomunikowałam.
- Jasne, wybacz. – speszyła się.
Zapadła niezręczna cisza, stukot deszczu, warkot pociągu, świst wiatru i nasz urywane oddechy były najcudowniejszą melodią, którą kiedykolwiek słyszałam, melodią, której nie chciałam przerywać, a jednak, ktoś musiał zrobić mi to świństwo.
- No, cukiereczki, macie ochotę na coś słodkiego? – zapytała starsza pani, trzymająca wózek ze słodyczami.
- Hm, ja dziękuję. – odpowiedziałam.
Emily coś kupiła, ja musiałam sobie darować, nie dam dziadkom się sprzedać.
- Ch-f-cesz? – zapytała, gryząc czekoladową żabę.
- Hm, nie dzięki, jakoś się obejdę.
- To pyszz-f-ne, pofażnie. – zachęcała.
- Em, nie chcę, serio.
Kolejny raz do przedziału ktoś wszedł, tym razem był to chłopak.
- Czas przebrać się w szaty, pół godziny i jesteśmy na miejscu. – zaalarmował, po czym wyszedł.
Obie zgodnie wyciągnęłyśmy z kufrów te szmaty, jak trzeba, to trzeba, będę musiała przeżyć, nosząc to ‘coś’. Chwilę po tym, jak udało nam się ubrać, lokomotywa się zatrzymała. Wyszłyśmy, taszcząc swoje bagaże, na zewnątrz moją uwagę przykuł ogromny człowiek.
- Pirszoroczni do mnie! Cholibka, jazda, jazda, nie ma czasu. Pirszoroczni!
Podeszłam do niego, przyglądając się mu z niekrytą ciekawością, wyglądał obrzydliwie, coś w nim było jednak ciepłego, wydawał się miły, może to te rysy twarzy, olbrzym spojrzał na mnie, chyba mój wzrok go trochę onieśmielił.
- Cholibka, nie patrz tak na mnie, pirszoroczna?
- Yhym. – przytaknęłam.
- Do łódki, prędko, bo nabawimy się tu wszyscy kataru.
Podniósł mnie i usadowił w drewnianej łódce, następnie sam usadowił się na miejscu i zaczął wiosłować.
- Kim jesteś? – zapytałam.
- Gajowym. – odparł lekko dysząc.
- Nazywam się Lily Evans, jestem uczennicą.
Olbrzym uśmiechnął się, ciągle patrząc w dal za mną.
- Nazywam się Rubens Hagrid, miło mi poznać, nie boisz się mnie?
- Hm, nie, czemu?
- Jestem brzydki, wielki…
- No, jesteś, co w tym strasznego? W moim środowisku nie przewijają się uroczy ludzie.
- Przypominasz mi kogoś…- powiedział.
- Nie możliwe, moi rodzice nie byli czarodziejami – skłamałam, dość już mam rozmów, o mamie, niech dadzą jej święty spokój.
- No, widocznie się pomyliłem, tyle tu już się dzieci przewinęło, że zaczynam świrować.
- Widocznie. – przedrzeźniłam go.
Podróż dobiegła końca, Hagrid wprowadził mój rocznik do ogromnej sali. Wyglądała ona trochę jak przerośnięta jadalnia, po lewej stronie stały dwa długie stoły, wypełnione krzesłami, na których siedzieli starsi uczniowie, tak samo z prawej, na samym przodzie znajdował się również stół, ale mniejszy, chyba dla nauczycieli, gdyż siedzieli przy nim dorośli, pomiędzy czteroma wielkimi ławami stało krzesło, a po jego prawej stronie taboret, ze starą, przetartą czapką. Kobieta, w czarnej szacie wstała i podeszła do krzesła, po czym powiedziała.
- Oto ceremonia przydziału, pierwszoroczni będą wyczytywani po kolei, następnie każdy z nich usiądzie na krześle, założę mu na głowę tiarę i dowiemy się, który z czterech domów, jest jego. Nie traćmy czasu, Gilderoy Lockhart!
- Ravenclaw! – krzyknęła czapka, jeden ze stołów zerwał się na nogi, powitali nowego kolegę gromkimi oklaskami.
- Jonathan Smith!
- Ravenclaw!
- Molly Miles.
- Gryffindor!
- Lucjusz Malfoy.
- Slytherin!
- Artur Weasley!
- Gryffindor!
- Regulus Black.
- Slytherin!
- Syriusz Black!
- Gryffindor!
- Emily Nutley. – spojrzałam na Em, wydawała się strasznie przerażona.
- Hufflepuf!
- Narcyza Black.
- Slytherin!
- Bellatrix Black!
- Slytherin!
- James Potter!
- Gryffindor!
- Remus Lupin.
- Gryffindor!
- Peter Petigrev.
- Gryffindor!
- Dorcas Meadows.
- Hyfflepuf!
- Natasha Sachs.
- Gryffindor!
- I…Lily Evans. – drżąc usiadłam na krześle, włożono mi na głowę czapkę, była bardzo przyjemna w dotyku, może dlatego trochę się odprężyłam.
- Hm, znam tę pannę, myślę, że świetnie się będzie nadawać do Gryffindoru! Twoja matka była cudowną kobietą. – szepnęła mi do ucha.
Zdezorientowana siadłam do stołu, z którego dochodziły oklaski i krzyki. Rozglądnęłam się dookoła, co ja tu robię? Jestem całkiem sama, ja nie znam nikogo i na odwrót. Poczułam na sobie czyjś wzrok, spojrzałam w tamtą stronę, patrzył na mnie chłopak, o kruczoczarnych włosach, szarmancko rozwianych po twarzy, w okularach, pod którymi kryły się cudowne, orzechowe oczy, uśmiechnął się.” Wtedy jeszcze nie wiedziałam, że ten uśmiech doprowadzi mnie do stanu, w jakim teraz się znajduję, byłam tylko małą, przestraszoną dziewczynką, ciekawą świata, w którym żyła oraz tego, w którym teraz się znajduje.
***
x Od Autorki x
Bardzo, bardzo was przepraszam, ale niestety moje nerwy musiały dojść do siebie, do stanu, w którym bym mogła coś napisać, teraz w nim jestem. Zaczęłam od początku, mam wiele pomysłów, notka jest długa, mam nadzieję, że się będzie podobać. Dziękuję, że tak cierpliwie czekałyście, jeszcze raz, przepraszam.
Pozdrawiam
komentarze [16] >> sobota, 31 marca 2007 22:57:12
- Hmm...ciociu, mogłybyśmy porozmawiać? -zapytałą niepewnie Ruda.
- Naturalnie - odpowiedziała starsza pani, biorąc pod pachę Lili.
- Ciociu, ja Ci muszę coś powiedzieć. Mama i tata, oni hm...mięli wypadek.
- Jezu! Co za wypadek?
- Samochodowy, tak, z pewnością był samochodowy. Nie żyją.-kończąc spojrzała bezpośrednio w niebieskie oczy ciotki.
- Oh!- z ust kobiety wymsknął się tylko zduszony okrzyk, po czym drętwo padła na ziemię.
- Ciociu, co Ci jest! -zielonooka szybko zsunęła się na ziemie. Niestety, niektórych wydarzeń nie da się uprzedzić, tej kobiety nie dało się już uratować. Ruda podniosła zmęczony wzrok, w oddali dostrzegła tylko kawałek czarnej postaci szybko deportującej się. W tym momencie do Lili przybiegł James.
- Lily, Dorcas...-zaczął, tępo wpatrując się w leżące ciało.
- James, ciocia...-również rozpoczęła dziewczyna.
- Nie żyje!-dokończyli równocześnie.
Ruda zakryła dłońmi usta, jej wielkie oczy wyrażały pustkę, powoli napełniające się słonymi łzami. Nic nie powiedziała, Rogacz usiadł obok niej, mocno przytulając do swej piersi. Nie wiedziała, jak ich tu znaleźli, tak daleko od Londynu, jak to możliwe. On nie rozumiał co się tu dzieje, jaką tajemnice skrywa jego ukochana.
- Jestem w ciąży-wychlipała w T-shirt chłopaka.-Dlatego oni zabijają, dziecko jest dla nich nie bezpieczne...
James otworzył buzię, lecz ona sprawnym gestem uciszyła go i kontynuowała.
- Nie wiem dlaczego, nic nie wiem, musimy się gdzieś ukryć, za dużo osób zginęło.
Oboje podnieśli się z ziemi, podeszli do Syriusza i niczego nie tłumacząc złapali go za rękę, deportując się do Hogwartu. Tu, tylko tu i nigdzie indziej mięli wrażenie, że nic się im nie może stać. Te stare szkolne mury, nadawały budowli ciepła. Na miejscu przywitał ich Albus Dumbleador. Zielonooka od razu rzuciła się starcu w objęcia, głośno szlochając.
- Spokojnie, tu jesteście bezpieczni.-powtarzał tym miłym tonem dyrektor.
- Dlaczego? -Lili wydała ostatnie słowa, po czym, w skutek zbyt dużych wrażeń, zemdlała.
***
Ruda długo nie budziła się ze snu. Szczerze mówiąc, nie chciała się budzić, po co miała wracać do tego świata? Nie miała już nikogo, może oprócz Jamesa. Nienawidziła swojego dziecka, za to, co jej zrobiło, za zabójstwo rodziców, ciotki i najlepszej przyjaciółki, to wszystko jego wina. Mijały miesiące, a Lili z błogim uśmiechem na twarzy leżała w skrzydle szpitalnym. Po półrocznym okresie śpiączki, zielonooka zbudziła się. Otworzyła najpierw jedno oko, potem drugie, biel tego pomieszczenia oślepiało jej zaspane ślepia. Po chwili jednak, oczy przyzwyczaiły się do koloru. Chciała usiąść, ale nic z tego nie wyszło, gdyż jej ciężar w brzuchu na to nie pozwalał.
- Leż.-usłyszała ciepły, męski głos i poczuła dotyk gładkiej ręki na swojej.
Spojrzała na chłopaka. Nie wyglądał najlepiej, włosy, chodź nadal roztrzepane straciły ten szarmancki połysk, oczy, chodź te same straciły blask, tylko głęboko się w nie wpatrując można było dostrzec iskierkę szczęścia.
- To moja wina, a właściwie jego.-wskazała na swój brzuch,
- Jeżeli Twoja, to także moja.-pocałował ją w czoło.
- Ile spałam?
- Długo.-odparł.
- James...-spojrzała na niego wymownie.
- 6 miesięcy.-sprostował.
- Czemu go nie usunęliście?! - wrzasnęła.
- Jak można zabić dziecko.
- Można, chcesz zobaczyć?-chciała szybko się obrócić, w skutek czego spadła na posadzkę brzuchem do dołu.Zawyła z bólu.
- Pomocy!-krzyknął chłopak dobiegając do rudej. Po chwili skrzydło szpitalne wypełniło już duże stado nauczycieli, dyrektor i pielęgniarka.
- Trzeba operować.- stwierdziła lekarka.
Zielonookiej udało się wydusić parę słów, pomiędzy jękami.
- Żadnej operacji, to dziecko nie zasługuje na życie...
Nikt nie zwrócił uwagi na jej słowa, po chwili leżała już na stole operacyjnym.Poczuła przeszywający ból. Następnie usłyszała płacz dziecka i rozpłakała się.
- Żyje, chłopiec.-powiedział James, trzymający swoją dziewczynę za rękę.
- To nasz koniec, James.-odpowiedziała Ruda.
***
x Od autorki x
Więc, po woli wszyscy muszą ginąć, zamierzam skończyć opowiadanie w maju, w dniu, w którym je zaczęłam. Zakończy się oczywiście tradycyjnie, śmiercią dwojga kochanków, prawie jak w Romeo i Julii. Pozdrawiam :*
EDIT
Boże drogi, jezus mario. To już mój koniec. Po prostu masakra, tragedia, armagedon. Możecie sobie przeczytać tę ostatnią krwawą notke, ale ... nie skończę tego w maju. Ogółem, mam zamiar znowu zacząć od początku-idiotyzm, nie? A jednak :P Takie idiotyzmy nawiedzają moją małą główkę co najmniej 20 razy dziennie z przerwami na śniadanie, obiad i kolację. No dobra, nie przymulam, nowego początku możecie oczekiwać gdzieś po świętach. Pozdrawiam :*
komentarze [28] >> piątek, 23 marca 2007 17:15:23
- Nie Lili, ja myśle, że Dorcas nie będzie następna.-spojrzał spod okularów na rudą kobietę.
- Dobra Remus, nie ważne. Ty próbuj tu coś pogłówkować, ja wracam. Tylko, proszę Cie nikomu ani słowa o tym liście.
- Powinni wiedzieć.
- Słuchaj, może i powinni, ale nie będą. Wygadasz?
- Dobra, wygrałaś.
Dziewczyna mimowolnie delikatnie się uśmiechnęła. Rodziców już nie uratuje, ale są jeszcze inni, którym może pomóc.
- Remus?
- Tak Lili? - zapytał Lunatyk.
- Dziękuje, pamiętaj jesteśmy w kontakcie.-powiedziała.
Remus uśmiechnął się, a ona deportowała się do swojego mieszkania.
***
- Lili, już dobrze?-zapytał od progu James.
- Hym...powiedzmy. Pakuj się - rozkazała - Wy też.
Dorcas wraz z Syriuszem spojrzeli dziwacznie po sobie.
- Nie patrzcie się tak, musimy wyjechać. Jest niebezpiecznie, tu, na ulicy, w sklepie, wszędzie. Śmierciożercy penetrują bloki Londynu.
- Dokąd chcesz nas wywieść? - zapytał Syriusz.
- Ukraina, na Ukrainę. Takie mugolskie państwo. Słyszałam, że tam jeszcze nie próbowali. Podobno mają dobrych aurorów. No raz, dwa, Jimmy spakuj nas, proszę, Dorcas, Syriusz wy też, za 5 min zbieramy się tutaj.
Cała trójka posłusznie wypełniła rozkazy. W samo południe zebrali się razem, gotowi do drogi. Złapali się za ręce i zniknęli.
***
Pojawili się we Lwowie, samym jego środku. Żaden przechodzień nawet nie zauważył ich przybycia.
- Gdzie teraz?-zapytała Dorcas.
- Do Udnowa, mam tam rodzinę. Pojedziemy trolejbusem, tu jeszcze takie jeżdżą. Trochę się przejdziemy, a potem ja was wprowadzę.
Godzinę potem byli na miejscu. Przed nimi mieściła się brama wjazdowa, zielona, po prawej stronie żelazny płot, a za nim kukurydza, buraki, kapusta, sałata, siano, klatki z Nutriami i królikami.
- Zaraz wrócę. - powiedziała Lili, po czym, biorąc głęboki wdech otworzyła zieloną bramkę.
- Lili! - wrzasnęła ciotka wychylając się zza drzwi kuchni letniej.
- Cześć ciociu, przyjechałam, ale nie sama, mogę? - zapytała.
- Oczywiście! Akurat obiad, pierogi!
- Kochana jesteś.-ruda uścisnęła ciocie.
Podeszła do bramki, otworzyła i spojrzała na nich z uśmiechem.
- No, wchodźcie.
Banda rozszalałych ludzi ruszyła , kto pierwszy do bramki. Wygrał James, zdziwił się tym, co zobaczył. Na wprost ciągnął się mały ceglany chodniczek do domu. Na około drewniany płot, po lewej stronie już wspomniana letnia kuchnia, obok obora z kwokami, krową, szkapą i źrebakiem. Na prawo od tego stała budka, która przez najbliższy czas miała być ich toaletą, drewnianą. Wszystko wyglądało strasznie biednie, ale ludzie byli szczęśliwi, że mają aż tyle. Uśmiechnął się i podszedł do Lili.
Pocałował ją w usta, łapiąc w okolicach talii.
- Ciociu, to mój chłopak. - uśmiechnęła się.
xOd Autorki x
Coś nabazgrałam, coś, nie wiem co. Coś ;D Pozdrawiam :*
komentarze [18]Śmierć cz.1 >> środa, 14 marca 2007 10:56:31
- Dorcas...-powiedziałam z ironią - co tu robisz?
- On ma inną!-krzyknęła.
- Usiądź tu -wskazałam na fotel-zaparzę herbatę, a ty -zwróciłam się do Jamesa- wyślij sowę do Łapy, by jak najszybciej tu przyjechał!
- Nie ma mowy, nie chce go widzieć! - sprzeciwiła się Dorc.
- Nie chcę cię martwić,a le nie masz tu dużo do gadania. Siedzisz w moim mieszkaniu, na moim fotelu, pijesz moją herbatę, a do MOJEGO mieszkania będę zapraszać sobie kogo chcę. - powiedziałam lekko podenerwowana.
- Dobra, nie bulwersuj się.-powiedziała.
- Będzie za 5 min. - powiedział Rogaty.
- A co on tu robi? - zapytała czarnowłosa.
- To samo co ty. - odpowiedziałam. Doprowadziła mnie do bojowego nastroju, ręce mi się trzęsły, zawsze musi przeszkodzić, zawsze.
- Dobra, o nic już nie pytam.
- Brawo.- uśmiechnęłam się wrednie.
- Ale..
- Milcz. - przerwałam jej.
- Halo, jest tu ktoś? Dorcas!? - do mieszkania wszedł Syriusz.
Podeszłam do niego .
- Teraz zostawimy was samych, jak przyjdziemy macie być już pogodzeni. - wycedziłam przez zaciśnięte zęby. - James, wychodzimy!
***
Chodziliśmy po parku, nie odzywałam się. Nastrój zniknął, wszystko zniknęło, zostały nerwy, po Dorcas.Złapałam szyszkę i rzuciłam nią przed siebie.
- Co Ci jest?- spytał Rogaty.
- Nic, kompletnie nic. Ta jej bezradność powoli mnie denerwuje, normalnie denerwuje! Czy ja jestem agencją matrymonialną?! Mam własne kłopoty, własne zmartwienia, własne życie, czemu nikt o tym nie myśli? - spytałam zrezygnowana.
- Bo zawsze, w potrzebie, człowiek wie, że mu pomożesz, w Hogwarcie zawsze pomagałaś, pamiętasz?
- Nie chce tu być. Ten świat, nic tu mi się nie podoba. Chcę wrócić do szkoły, uczyć się, spędzać razem czas, nie chce być dorosła.
- Przyzwyczaisz się. - uśmiechnął się łagodnie.
- Tak strasznie za tym wszystkim tęsknie...- pojedyncza łza spłynęła mi po policzku.
Wytarł ją swoim kciukiem.
- Ja też. - przytulił mnie mocno.
- Jimmy, nie spodziewałam się, że kiedyś wydoroślejesz. - uśmiechnęłam sie przez łzy. - Nie sądziłam, że będziemy razem, nigdy.
- To wszystko dzięki tobie. - wtedy podleciała do mnie sowa.
- Amelia, co tu tu robisz? - spytałam ptaka. Usiadła mi na nodze, po czym wystawiła nóżkę. Wyciągnęłam list, po czym z czułością pogłaskałam sówkę.- Hmm, co to może być. To sowa moich rodziców. - rozpieczętowałam list .
Droga Lily!
Z tej strony Albus Dumbleadore, niestety mam nie miłe wieści. Była seria napadów, na rodziny nie magiczne, mające dzieci czarodziejów. Twoi rodzice nie żyją. Bardzo mi przykro Cię o tym powiadamiać....
Dalej już nie czytałam, nie obchodziło mnie, co jest dalej. Upuściłam list, spojrzałam niemo w Jamesa, potem w Amelię. Łzy leciały mi strumieniami, a ja tylko stałam. Opadłam na kolana i podtrzymałam się dłońmi.
- Lily...- zaczął James.
- Oni nie żyją, moi rodzice zostali zabici, Voldemort ich zamordował...był ataki, próbowali się bronić, zabił ich Avadą...nie mogę uwierzyć, dlaczego właśnie oni? Muszę się deportować do domu, idź do nich, nie mów nic.
***
- Zostawili wiadomość. - powiedział Remus.
Po ukończeniu Hogwartu został Aurorem. Spotkałam go w swoim domu.
- Jaką? - spytałam drżącym głosem.
- "Jeśli urodzisz to dziecko, zabiję Twojego chłopaka, dalszą rodzinę, przyjaciół. Przepowiednia ma się nie spełnić!" - zacytował Lunatyk.
- Ja, ja nic z tego nie rozumiem. Jakie dziecko, co za przepowiednia? -zapytałam, trzymając się nerwowo komody.
- Widocznie spodziewasz się dziecka, które mogłoby im zaszkodzić.
- Dziecka?
- Tak Lili, musisz być w ciąży, i oni już o tym dobrze wiedzą. Co do groź, nie wątpię, że będą zabijać. Musimy się dowiedzieć, kogo następnego mają na liście.
- Dorcas!
***
x Od autorki x
Długo zastanawiałam się nad tą notką, nie wiedziałam jak zacząć. O czym ma być, napisałam już chyba 10 innych, po ukończenia kolejno je kasowałam. Musiałam kogoś uśmiercić, po prostu musiałam. Mam nadzieję, że się podobało.
x Pozdrawiam x
komentarze [14]James, Lily? >> poniedziałek, 5 marca 2007 14:41:10
Obudziłam się w środku nocy. Emocje spadły do poziomu - 0. Wstałam, zdruzgotana tym, co zrobiłam. Szybko wciągnęłam na siebie przetarte jeansy,
zwykły zielony T-shirt z dekoltem w serek i założyłam trampki. Miotałam się niespokojnie, mój umysł walczył ze sobą. Z jednej strony - chciałam uciec jak najdalej stąd, zapaść się pod ziemię, nigdy więcej nie widzieć Jamesa na oczy, a z drugiej - poczułam się do obowiązku, by odpowiedzieć za swoje czyny. Może tylko zwalałam na odpowiedzialność? Może ja zwyczajnie chciałam być przy tym chłopaku, który spał w moim łóżku ? Do końca życie, a nawet dłużej chciałam przy nim trwać, codziennie wtulać się w jego ramiona?
- Wariuję! - szepnęłam do siebie. - Normalnie szajba mi odbija.
Spojrzałam jeszcze raz na Rogatego i wyszłam z domu. Zdecydowanie potrzebowałam świeżego powietrza. Usiadłam na ławce w pobliskim parku i rozmyślałam. Trzęsłam się jak galareta, nie z zimna.
- Spokojnie - powtarzałam do siebie.
Definitywnie nie byłam w tej chwili wyluzowana. Jak mogłam przespać się z facetem, którego od tak dawna nienawidzę? Ta cała sytuacja była widocznie za trudna, dla jednej małej Lili. Opamiętałam się jednak i wróciłam do mieszkania. Słońce powoli wschodziło.
- Lily? - usłyszałam ten miły, bezpieczny, męski głos.
Siorbnęłam ostatni raz nosem i odpowiedziałam, starając się, by mój głos był jak najmniej łamiący.
- T-tak?
- Coś się stało? Słyszałem, jak płaczesz.
- N-nie James, wszystko w porządku, musiało Ci się przyśnić. - odpowiedziałam, a po chwili już żałowałam swoich kłamstw.
Chciałam się zwyczajnie komuś wypłakać, nie interesowało mnie to, czy rozpaczam w ramionach Petunii, Jamesa, Dorcas, czy kogoś tam jeszcze.
On chyba jednak wyczuł moje łganie. Podszedł i przytulił mnie mocno.
- Nie umiesz kłamać - szepnął mi do ucha.
Obróciłam się do niego przodem. Spojrzałam w te czekoladowe oczy. Tak, chciałam być z tym chłopakiem, byłam tego pewna.
- No co się stało słońce? - zapytał ponownie.
- Twoje słońce musi ci się przyznać, że chciało uciec od ciebie nocą i więcej nie wrócić - spuściłam wzrok.
- Więc...co tu jeszcze robi moje słońce?
- Odpowiada za swoje czyny.
- Dziwne, myślałem, że chciałaś tego, tak samo jak ja.
- Teraz to wiem - uśmiechnęłam się - wiem, że nie chciałabym teraz stać i patrzyć w oczy jakiegokolwiek innego mężczyzny na świecie, tak samo jak nie chciałabym samotnie zerkać w lustro.
Pocałował mnie, tak czule , z takim uczuciem, że miałam ochotę zadzwonić po księdza, by udzielił nam ślubu.
- Słońce opanuj się, czytam w twoich myślach, jak w otwartej książce, chyba będę musiał dać Ci parę lekcji legilimencji.
- Kochanie, nie wiedziałam, że przez te 7 lat nauczyłeś się czytać - wystawiłam mu język.
Wtedy drzwi do mojego mieszkania otworzyły się.
- Chlip...Pukałam, ale...chlip...nikt nie otwierał, więc...chlip...pomyślałam sobie, że...James, Lily? - spytała zszokowana Dorcas.
***
x Od autorki x
No, tamta notka zdecydowania była początkiem. Nawet, jeśli myślę, że nieudanym. Pozdrawiam :*
komentarze [19] >> środa, 28 lutego 2007 15:27:38
- Dorcas mówiłam Ci już, on nie jest Ciebie warty. - mówiłam do zielonej słuchawki.
- Ale Lily..
- Poczekaj, ktoś dzwoni. - wzięłam telefon i otworzyłam drzwi.
- Cze...- zdecydowałam się jednak je zamknąć.
- Kto to? - spytała Dorcas po drugiej stronie słuchawki.
- Pomyłka.
- Więc właśnie, na czym skończyłam ?
- Na...końcu! Właśnie, mówiłaś wtedy, że już skończyłaś. Bardzo mi przykro Dorcas. Jak będziesz miała jakiś kłopot, to zawsze dzwoń do mnie. Pa - zakończyłam rozmowę, po czym wyłączyłam wtyczkę z kontaktu.
Usiadłam na kanapie, rozłożyłam nogi i cieszyłam się ciszą.
- Tego mi było trzeba - uśmiechnęłam się do siebie.
Zadzwonił dzwonek do drzwi.
- Nie ma mnie! - krzyknęłam.
Gość użył samoobsługi . Bezczelnie wszedł.
- Cześć Lily.
- Potter! Nie... a miało być tak przyjemnie. Myślałam, że po Hogwarcie będę miała z głowy Ciebie i Twoich głupich kolegów z wyjątkiem Remusa.
- Wszyscy się czasem mylą - uśmiechnął się i usiadł obok mnie.
- A tak jasne. Może sobie usiądziesz? Herbatki, kawy? - spytałam z ironią.
- Wystarczy mi buziak.
- Ok, a co sądzisz o trutce na szczury? Podobno smakuje jak moje usta. - uśmiechnęłam się wrednie.
- Jeszcze gorsza niż w Lipcu, nie wiedziałem, że uda Ci się, ale cóż zawsze mnie zadziwiałaś. - odpowiedział z wymuszoną uprzejmością.
- Kobieta zmienną jest - powiedziałam wstając.- To jak? Chcesz coś do picia? Dziś w menu podaję trutkę, wodę prosto z sedesu, mocz nietoperza, zabójczą chilie. Jaki jest ostateczny werdykt? - spytałam grzebiąc w szafkach.
- A kiedy w specjalnościach będzie można zjeść Lily? - wyszczerzył się w uśmiechu nr 5.
- Niestety, Lily to wymierający gatunek, trzeba podtrzymywać jej życie.
- Jeśli chcesz, mogę pomóc rozmnożyć ten gatunek.
- Ze statystyk wynika, że każda była i teraźniejsza Lily wolałaby podcierać tyłek Malfoyowi niż pójść z Potterem do łóżka.
- W takim razie herbaty proszę.
- Drobiazg.
- Przyszedłem, bo ...
- Herbata na wynos? - spytałam.
- Nie. Więc przyszedłem, ponieważ...
- Niestety, żadnych wolnych stolików w lokalu.
- Wypiję na stojąco. Przyszedłem, gdyż...
- Miejsca stojące już obsadzone.
- Lily! Zamknij się i usiądź!
Posłusznie wypełniłam rozkaz.
- Przyszedłem, bo Syriusz mnie prosił.
- A...- chciałam się odezwać, ale ten uciszył mnie jednym gestem.
- Chce odzyskać Dorcas.
- A co ja mam z tym współnego?
- Masz ustawić im spotkanie.
- Więc powiedz mu, jutro w gospodzie pod Świńskim Łbem o 19.
- No tak...zawsze zaradna, dziewczyna bez wad. - mruknął.
- Co ?
- Nic. Mam jeszcze jedno pytanie i nie zobaczysz mnie więcej.
- Czem... - chciałam protestować, ale po chwili już myślałam inaczej, przecież zawsze tego chciałam. -Słucham?
- Czy ten pocałunek na peronie pod koniec roku nic dla Ciebie nie znaczył?
- James, ja...
- Tylko to chciałem wiedzieć. Żegnaj. - wstał i szybkim krokiem doszedł do drzwi.
- James, a..., a herbata? -wybiegłam za nim na korytarz.
- Pieniądze wyśle sową.
- Poczekaj! - krzyknęłam.
- Na co ja mam czekać! - oburzył się - Mam już dość czekania. Wiesz od jak dawna to robię? Będzie leciał 8 rok!
- James, nie tutaj, proszę...
- jeśli masz mi coś do powiedzenia, to tylko tutaj!
Wszystko się we mnie zagotowało.
- Teraz pójdziesz do mojego mieszkania i tam porozmawiamy! - powiedziałam przez zaciśnięte zęby.
Wróciliśmy na górę.
- Nie chce, byś zniknął na zawsze. Zostań... - wpatrywałam się w podłogę.
- Co ?
- Chcę, byś został. Na zawsze. - teraz już pewnie patrzyłam się w jego oczy.
Podeszłam do niego. Wszystko we mnie drżało, byłam tak blisko. Pocałowałam go, najpierw delikatnie , potem wplątując dłonie w jego włosy, coraz namiętniej. Tyłem doszłam do sypialni.
- I tak dłużej bym już nie wytrzymała - powiedziałam.
Rozpięłam mu koszulę, on ściągnął ze mnie bieliznę (byłam w krótkiej zielonej sukience). Rozpięłam mu pasek, ściągnęłam spodnie. Usiadłam okrakiem na łóżku. Wszedł we mnie z ogromną siłą. Nie byłam już dziewicą. Kochaliśmy się jak lekko mówiąc zwierzęta. Cóż namiętność wzięła górę. Nie wiedziałam, czy go kocham. W tej chwili liczył się zapach
pożądania.
***
Nie wiem, czy to jest początek. Chyba tak. Nic nie wiem, naszło mnie więc napisałam. Pozdrawiam.
komentarze [7] KONIEC ? >> poniedziałek, 26 lutego 2007 17:20:55
Bądźmy szczerzy, wena mi się skończyła. Pisze to już, bo pisze, żeby mieć z głowy (nie wychodzi mi to), kiedyś mimo tego, że mi nie wychodziło, za bardzo się nie przejmowałam, bo w tamto kiedyśne jeszcze gorsze opowiadanie przelewałam uczucia, a tutaj? Teraz robie to wszystko od niechcenia, by było i już. Niby muszę skupić się jeszcze na nauce i na moich nieudanych nerkach.
Definitywnie kończę to opowiadanie, które zaczęłam, dawno bo dawno, ale ja nie mogę tak bez uczuć. Może niedługo pojawi się notka o Lily, ale to będzie początek czegoś nowego? Nie wiem. Dziękuje wam kochani, że pomimo mojej pisarskiej nieudolności - zachowywaliście pozory i byliście powiedzmy DOBRZE WYCHOWANI, wytrwale komentowaliście, wyrażaliście swoje opinie, to było bardzo ważne, ale teraz -> już nie wiem co się liczy. Na pożegnanie mam pytanie (jaki rym xD) : CZY MAM ZACZĄĆ OD NOWA, CZY SKOŃCZYĆ TA MASKARADĘ ? Odpowiadajcie w komentach, ale proszę o szczerość.
POZDRAWIAM, i życzę wam powodzenia, byście tak nędznie nie skończyli :)
komentarze [8]Kłótnia -to nie nowość. >> sobota, 10 lutego 2007 21:51:46
Dwa tygodnie w Dziurawym Kotle minęły bardzo prędko, nim się obejrzeli, kupowali książki na ul.Pokątnej, a następnego dnia jechali Hogwart Express'em wśród beztroskich zabaw, żartów, flirtów, nie spodziewając się jakie niebezpieczeństwa czyhają na nich w bieżącym roku.
***
- Minewro, chyba będę zmuszony opuścić Hogwart na miesiąc lub dwa, okoliczności nam nie sprzyjają, a czuję , że będzie jeszcze gorzej. Voldemort zbiera siły, chce najechać na szkołę...-powiedział zmęczonym głosem staruszek o lśniąco-białej brodzie.
- Co chcesz zrobić ? A jeśli zaatakuje nas gdy nie będzie Ciebie w pobliżu ? Na Godryka zastanów się! - panikowała kobieta.
- Niestety, nie widzę innego wyjścia , Minewro. Muszę zebrać Zakon Feniksa i ... innych sprzymierzeńców do walki z nim, za nim to się wydarzy.
- Informować uczniów? -spytała przerażona .
- Nie widzę potrzeba, moja droga, wystarczy , że będziecie czujnie, wy, nauczyciele.
***
- I co ? - spytał James.
- Z tego co słyszałam, to....AAAA! - dziewczyna z hukiem spadła z ramion chłopaka. Podniosła się z ziemi masując kark - to Voldemort chce nas chyba napaść - powiedziała już z powagą.
- Skąd dowiedziałaś się tego Lilyanne? - spytał prof.Dumbleador patrząc na nią z okularów połówek.
- EEee..z pokoju nauczycielskiego - rzuciła.
- Podsłuchiwałaś?
- Nie, właściwie to...tak, ale...
- Nie ważne. - przerwał stanowczo - nikt nie może się o tym dowiedzieć, mogę liczyć na Twoją dyskrecję?
- Eh...-westchnęła - jasne.
- I Twoją, Jamesie - zwrócił się do cichutko uciekającego chłopaka.
- Naturalnie - powiedział z miną zbitego psa.
- Wyśmienicie, pamiętajcie, wierzę w was - spojrzał ostatni raz na parę nastolatków, po czym odszedł.
- Nawet Dorc i Syriuszowi ? -pytała z żalem chłopaka.
- Nawet
- No tak , tak teraz to taki honorowy, ale na miejscu to chciał zwiać - powiedziała cicho Lily.
- To jest ważna sprawa, nie rozumiesz?! Gdybyśmy zaczęli siać panikę, to zamknęliby Hogwart!
- Nie chodzi mi o wszystkich,ale przyjaciołom! - odwdzięczyła się wrzaskiem.
- A oni jeszcze innym , a tamci innym i tak w koło!- krzyknął.
- Idę, nie mogę Cie słuchać!
Złapał ją za rękę i mocną ścisnął.
- Nigdzie nie pójdziesz i nikomu nie powiesz.
- James! Co w Ciebie wstąpiło! Nie ufasz nawet mi...-spojrzała na niego wielkimi zielonymi oczami, po czym wyrwała się i uciekła.
***
Następnego dnia na lekcjach było niezręcznie cicho. James bawił się kartką, Syriusz obserwował kumpla, Dorcas rozmyślała, a Lily..nie było na lekcjach.
- James, James! - szepnęła Dorcas.
- No...
- Gdzie zgubiłeś Lily?
- Nie wiem. - uciął chcąc zakończyć tą rozmowę.
- Jak to nie wiesz, a kto jest Twoją dziewczyną?
- Nie Twoja sprawa! - syknął przeraźliwie.
Czarnowłosa spojrzała na chłopaka z lękiem w oczach.
***
Lily siedziała na łące, przy jeziorze. Nie mogła iść dzisiaj na lekcje, bo po 1. Nie chciała widzieć chłopaka, który jej nie ufa i zdolny jest podnieść na nią rękę,
po 2. Bała się, że w smutku wypapla coś Dorcas.
po 3. Musiała porozmyślać, nad sprawą zaatakowania Hogwartu.
- Lily...- usłyszała głos Jamesa.
- Nie podchodź do mnie, jeśli masz zamiar zrobić mi krzywdę, nie podchodź do mnie jeśli chcesz się tłumaczyć, nie podchodź do mnie jeśli mi nie ufasz, po prostu nie podchodź.
- Ufam Ci tylko...
- Tylko co ? Tylko miałeś chwilę słabości ? Tylko musiałeś minie ścisnąć aż do bólu? Chcesz zobaczyć siniaki, chcesz?
- Nie chciałem, jakiś diabeł we mnie wstąpił.
Ruda wstała i ostatni raz patrząc prosto w jego oczy powiedziała.
- Jesteś pewny, że to diabeł wstąpił w Ciebie? Odnoszę wrażenie, że nie chcesz przyznać się do tego, że wewnątrz to ty jesteś diabłem. I jeszcze jedno - spojrzała ze łzami w oczach - nie przychodź do mnie, jeśli nie masz zamiaru przemyśleć moich słów, nie igraj ze mną - odeszła.
***
A więc tak, wybaczcie , że mnie długo nie było, ale obóz trwał całę 10 dni. Powiadomię was jutro, bo dzisiaj czasu już nie mam.
Pozdrawiam.
komentarze [12] >> poniedziałek, 22 stycznia 2007 19:20:03
- Ekhm... Syriuszu ? - zawołała zmieszana Lily.
- No ?
- Czy wszystko w porządku z łóżkiem w Twoim pokoju ? - uśmiechnęła się wrednie.
- Hahaha, bardzo śmieszne - powiedział, po czym poszedł.
Rudowłosa jeszcze przez chwilę chichotała jak typowa gówniara, po czym się opamiętała.
" Uspokój się Lily " - powtarzała sobie w myślach.
Zza progu wyszedł James, jak zwykle w idealnym stanie, to ją czasem denerwowało...gdyby tylko jego dżinsy postrzępił się trochę., coś ze psuło, a tu nic.
" Czy tylko dziewczyny mają problemy z wyglądam?" - przewróciła teatralnie oczami.
- Cześć - cmoknął dziewczynę James.
- Grrr...ja Ci jeszcze kiedyś coś popsuje - wymsknęło jej się.
- Co proszę? - spytał zdziwiony.
- Mrrr...ja ci jeszcze kiedyś coś dopasuje - wybrnęła.
- A już myślałem, że chciałaś uszkodzić moje ubranie - spojrzał na nią.
- Ja? Gdzieee tam - złapała go pod pachę.- Chodź napijemy się czegoś...brudnego - powiedziała a w jej oczach widać było ten ogień, który w rudowłosych dziewczynach przeważnie siedzi.
***
Na dole ( w barze) nasz pośrednia koleżanka flirtowała z blondwłosym przystojniakiem.
- Malfoy! - krzyknęła święta czwórka przy czym Dorcas i Lily o mało zemdlały.
- O! To wy się znacie? - spytała Jana.
- Eee...teoretycznie - odpowiedziała Lily.- Malfoy co ty tu robisz? - zwróciła się do chłopaka z mordem w oczach.
- Siedzę. - odpowiedział.
- Że też bóg mnie tak pokarał, zwracaniem się do debili -
Ruda wypowiadając to przyłożyła rękę do czoła.- Jana, jeśli z nim trzymasz, to niestety, ale musimy się pożegnać - zaalarmowała czekając na odpowiedź.
- A więc, do zobaczenia - powiedziała blond włosa.
Lilke aż zatkało z oburzenia, przecież była dla niej dobra, nie?
- Ah tak? Ty mała, wredna, porąbana , debilna, małpiasta, wybredna, niewyobrażalnie głupia idiotko! Czy ty myślisz, że możesz się tak do mnie zwracać? O nie! Ja ci pokarze - zaczęła wymachiwać rękami, ale James ją złapał w pasie i nie puszczał, w sumie, to oczywiste, to by był rękoczyn pierwsza klasa.
- Jak mnie nazwałaś? - spytała Jana.
- A tak , jak słyszałaś pomiocie cygański, ty...ty mendo społeczna ty jedna ty!
- Pożałujesz ty rude dziecko przemocy!
- OO nie! James puszczaj mnie! Puszczaj, puszczaj, puszczaj (...) - krzyczała tak dopóki nie wyprowadzono jej "koleżanki" z lokalu".
- Pff..- otrzepała się, gdy James ją puścił - Idę na górę.
- Oj moje ty kochanie, nie obrażaj się - złapał ją za nadgarstki.
- Puść - powiedziała dumnie.
- Oj rosołku...
- Oj James , wiesz co? Nie lubię gdy tak błagalnie prosisz, bo nie mogę ci pokazać jaka jestem obrażona - zaśmiała się.
- To się nie obrażaj - pocałował ją.
***
x Od autorki x
A więc, panno Evansik ;D Nic sie nie stało, teraz do wszystkich, jesli miałabym czas, to może wszystkich powiadomie, papa :*
komentarze [20]Dzieciak >> czwartek, 11 stycznia 2007 15:45:03
Po tych słowach czarnowłosa szybko wyszła z pokoju.
- Otwieraj Syriusz! - krzyknęła do drzwi, po czym szarpnęła za klamkę i weszła.
On spojrzał na nią z wyższością.
- Otwarte - uśmiechnął się - Czego?
- Słuchaj, może trochę przesadziłam..
- Przyjmuje przeprosiny - powiedział.
- Chwileczke, ja Ciebie nie przepraszam, tylko się poprawiam.
- Czyżby?
- Nie rób z siebie mądrzejszego ode mnie, po prostu...Rozejm? - podała mu rękę.
- Rozejm - uścisnął.
- Ok, możesz już puścić. - powiedziała, w myśli prosząc " Nie puszczaj!".
- Jeśli tego chcesz? - spytał.
- Tak, chce żebyś mnie puścił - "Trzymaj durniu!".
- Ok - rozluźnił uścisk.
Dorcas obróciła się do tyłu kojarząc fakty.
- Zawsze wszystko muszę robić za Ciebie - westchnęła, po czym podeszła do chłopaka i pocałowała go czule w usta. Odwzajemnił.
- Muszę już iść - powiedziała spuszczając wzrok. W końcu jaka ona jest, nieśmiała, czy przeciwnie?
- Dlaczego? Noc jeszcze młoda.
***
Dorcas otworzyła oczy, "dziwnie tu, jak nie w moim pokoju" - pomyślała. Spojrzała w bok, sufit też inny. Nagle poczuła na swoim brzuchu uścisk.
- Dzień dobry - powiedział chłopak.
- AAAAAAA! - krzyknęła.
- Cicho, to tylko ja - uspokoił ją.
- To...w nocy, to był sen?
- Nie, było wspaniale .
Usiadła.
- Czyli ja i ty..., my...
- Zrobiliśmy to - wyręczył ją.
- Zabezpieczyliśmy się? - spytała.
Syriusz zrobił wielkie oczy.
- Tylko nie mów...-zaczęła.
- Nie.
Szybko wstała z łóżka.
- A jeśli ja...?
- Zaopiekuje się Tobą - oznajmił.
- Ty? Mną? Sam sobą nie umiesz się zaopiekować, a co dopiero mną i dzieckiem! Poza tym, musiałbyś mnie kochać.
- Myślisz, że Cie wykorzystałem?
- Tak.
- To się mylisz, nie zrobiłem tego dla mojej potrzeby. Właściwie nie zrobiliśmy.
- Nie będę miała mężczyzny, który będzie się mną opiekował z litości! - krzyknęła.
- Jezu Dorcas, ja cie przecież kocham!
Opadła na łóżko.
- Jestem za młoda by być matką, mam nadzieje, że nie zrobiłeś mi dzieciaka.
- Czemu? Za rok kończymy szkołę, bylibyśmy dorośli.
- Nie wierze, Syriusz chce być ojcem. - zakpiła.
- Co w tym złego?
- To, że ja mam przed sobą przyszłość.
- Dobra, skończmy ten temat, przykryj się, pójdę po śniadanie.
- Gdybyś codziennie przynosił mi śniadanie do łóżka, to mogłabym być z Tobą nawet po śmierci. - uśmiechnęła się.
xOd autorki x
Nie powiadamiam nikogo, oceńcie notke sami ja nie mam siły.
komentarze [10] >> środa, 13 grudnia 2006 14:57:17
- Dorcas! - krzyczał Syriusz.
Ona, nieugięta bogini zemsty, szła twardym krokiem w stronę swojego chwilowego miejsca zamieszkania. Ze złością podnosiła swoją długą halke, w końcu zatrzasnęły się za nią drzwi.
- Ja wam jeszcze pokarze - przysięgła opierając się o ścianę.
- Dorcas, otwórz to ja Syriusz. - skomlał pod drzwiami chłopak.
Miała dumę, uda że nic się nie stało. Otworzyła drzwi, opierając się kokieteryjnie o scianę.
- Słucham? -spytała.
- Dorcas ja...
- Ty?
- Ja...
- Tak wiem, że ty, ale co?
- Chciałem...
- Cześć - mówiąc to zamknęła mu drzwi przed nosem.
- Dorcas proszę ! - błagał.
Otworzyła je znowu.
- "Jak z dzieckiem" - pomyślała znudzona.
- Ja, chciałem Cie przeprosić. - wydusił z siebie.
- Bardzo przepraszam, za co ty chcesz mnie przeprosić? Odnoszę wrażenie że wolno ci robić CO CHCESZ I Z KIM CHCESZ. - powiedziała z naciskiem na ostatnie słowa.
- To w takim razie, czemu uciekłaś z miną mordercy i nie chciałaś otworzyć mi drzwi? - wybuchnął chłopak.
- Dobre pytanie. Dlaczego za mną pobiegłeś? - wydzierała się coraz głośniej.
- Nie odpowiedziałaś na pytanie.- protestował.
- Ty na moje również.
- Byłem pierwszy.
- Widać jaki z ciebie dżentelmen, miałam wrażenie że to kobiety mają pierwszeństwo.
- Właśnie, kobiety to co innego, a kłamliwe nastolatki to też inna sprawa.
- Wątpisz w moją kobiecość?
- Tak samo jak ty w to, że jestem dżentelmenem.
- Oh! ale ty nim nie jesteś! - kipiała ze wściekłości.
- Twoja wola.
- Więc czemu tu jeszcze stoisz?
- Bo nie zamknęłaś mi drzwi.
- Prosze bardzo! - trzasnęła drzwiami uderzając go w nos.
***
- James przestań! - wrzasnęła Lily.
- Co sie stało? -spytał zdziwiony.
- Nie słyszałeś tej całej kłótni na korytarzu?
- Nie - skłamał.
- Przykro mi James, ale jednak pójdę do Dorcas, ty najlepiej rozmów się z Syriuszem. - oprzytomniała.
- Lily...było tak dobrze - jęczał chłopak.
- Wybacz, innym razem - pocałowała go w usta, po czym wstała.
- Kiedy będzie inny raz? -spytał.
- Nie wiem, w końcu będzie - uśmiechnęła się zakładając koszulę nocną.
- Pa -powiedziała i wyszła.
- Cholera -zaklął.
***
- Dorcas otwieraj natychmiast, to ja Lily - powiedziała ruda.
- Śpie! - usłyszała odpowiedź.
- Alohomora -szepnęła Lily, po czym drzwi same się otworzyły.- Co się stało?
- Nie udawaj , że nie słyszałaś - stwierdziła z wyrzutem czarnowłosa.
- Słyszałam, przesadziłaś.
- Ja! A on? ! Wiesz co on zrobił!
- Przeprosił Cie -wyjaśniła spokojnie rudowłosa.
- Daj spokój! Tobie by wystarczyło zwykłe przepraszam, gdyby James pieprzył się z jakąś latawicą?! - wykrzyczała.
- Dorcas, nie jesteście parą, nie powinnaś mu robić za to żalu, ma swoje życie.
- No tak, Lily ale ja go...
- Kocham - dokończyła - Dobrze, na nieszczęśliwą miłość najlepsza jest kolejna. Idę już, przemyśl to sobie, dobranoc.
***
x Od autorki x
No osobiście nie przepadam za tą notą, nie należe do osób, które umieją coś takiego napisać, ale musiałam przez to przebrnąć. Mam nadzieje, że jakaś cząsta wam sie podobała.
x Pozdrawiam x
komentarze [15]EDIT! >> piątek, 17 listopada 2006 10:34:51
***
W tym samym czasie, przed pokojem blondwłosej.
Drzwi nieśmiało otworzyły się.
- Jana, jesteś? –spytał nieco speszonym głosem Syriusz.
Musiał się zadowolić głuchą ciszą.
- Halo, jesteś? Jana? –nie poddając się wciąż nawoływał chłopak.
Tym razem odpowiedział mu cichy odgłos krztuszenia się, dobiegający zza uchylonych drzwi do łazienki. Ostrożnie stąpał w kierunku, w którym ostatni raz słyszał ten nieznacznie dziwny dźwięk. Drżącą ręką złapał za klamkę, lekko pociągnął, drzwi uchyliły się mocniej. Wszedł do środka, rozglądnął się, wszystko wyglądało tak samo jak w innych pokojach, po lewej stronie stał prysznic z zasłoną, po prawej umywalka z lustrem, a jeszcze bardziej na lewo była toaleta. Woda lała się, a postaci wewnątrz nie było widać. Zbliżył się, ręką łapiąc zasłonę, pociągnął…
-Syriusz?
Chłopak aż podskoczył. W prysznicu nikogo nie było, natomiast za nim stała dziewczyna w samym ręczniku.
- Ale mnie
- Przestraszyłaś? – spytała retorycznie uśmiechając się delikatnie.
- Tak, właśnie tak. – przytaknął łapiąc oddech.
Spojrzała na niego z niedowierzaniem (czy wy byście uwierzyły, gdyby jakiś chłopak wszedł wam do pokoju i stał w łazience ręką na odsłoniętej zasłonie? Dop.aut. ).
- Co ty taki … - zaczęła zbliżając się powoli do niego – spięty? – dodała kładąc ręce na jego plecach.
***
W pokoju Jamesa.
Dwóch nastolatków całowało się namiętnie (nic w tym dziwnego).
- Lily? – przestał chłopak.
- No? – spytała zaskoczona zachowaniem.
- Jesteś pewna?
- Nigdy niczego nie byłam bardziej pewna. – odpowiedziała, po czym powrócili do poprzedniej czynności.
***
Speszony Syriusz odsunął się na bok.
- Krępujesz sie mną? - zapytała Ukrainka.
- Nie, tylko...
- Tylko co? - szybko mu przerwała.- Przecież to tylko masaż, nie?
- No, tak wiem, tylko...
- Oh, przestań, co sie dzieje?! Widziałam, jak na mnie patrzyłeś wtedy przy barze, chcesz tego. - wybuchnęła Jana.
- Tylko, że ja nigdy...
- A ja wiele razy - zakończyła dziewczyna zdzierając z chłopaka koszulę.
***
- A ja wiele razy - głos dobiegał zza drzwi, na które czarnowłosa uznała za zasyfione, gdy tylko zobaczyła Janę. Mimo tego, przystawiła do nich ucho, by podsłuchać, co się stanie dalej. Niestety, drzwi był bardzo stare, gdy tylko oparła się o nie, runęły na ziemię, jak po spadnięciu głazu. Chłopak i dziewczyna za ścianą, leżący na łóżku, patrzyli na nią ze zdziwieniem.
- Eee...sorry, straciłam równowagę - grzecznie przeprosiła Dorcas, zabijając wzrokiem blondynke, natomiast z żalem patrząc na Syriusza.- To cześć.
- Dorcas!
***
x Od Autorki x
x No wybaczcie, że to takie krótkie i tandetne, ale nic lepszego na razie nie wymyśle, tą część zostawię, ale na pewno będzie mały
Edit i to zrobi się dłuższe.
Pozdrawiam. x
EDIT
Nowe opowiadanie, o Bellatrix Lestrange . Jeśli ktoś chce poczytać niech kliknie
TU.
Pozdrawiam.
Edit
Nikogo nie powiadamiam, zobaczymy ile osób samych sprawdza :) Tą note wyudłużę, teraz ide na zakupy.
komentarze [31]Enjoy. >> czwartek, 26 października 2006 19:49:58
Blondwłosa dziewczyna szła wolnym, ociężałym krokiem w stronę Dziurawego Kotła.
Całodobowa podróż pociągiem bardzo ją znużyła, pragnęła już tylko położyć się na łóżku i zasnąć, dotrzeć do tej krainy, do której rzeczywistość nie sięga. Przechodni (głównie mężczyźni) nie ukrywali zainteresowania jej osobą. Była ona szczupła, krągłą, średniego wzrostu, włosy długie, koloru blond, oczy koloru morza, i tak samo jak morze miały głębie.
Ubrana w obcisłe jeansy i granatową bluzkę na ramiączkach. Targała ze sobą ogromny kufer i kota. Otworzyła drzwi, po czym podeszła do baru, a raczej barmana.
-Miałam tu się spotkać z … chwileczkę –uprzedziła wyciągając świstek papieru- Syriuszem Blackiem, Jamesem Potterem, Dorcas Meadows i Lilyanne Evans, znasz ich może?
-Black siedzi tam –wskazał na krzesło po drugiej stronie baru-Dorcas, to chyba jego towarzyszka, a…
-Dzięki, to mi wystarczy – uśmiechnęła się zalotnie, zbliżając się do dwóch czarnych głów.
-Syriusz Black?- zapytała.
Chłopak gwałtownie się obrócił, a widok tej młodej kobietki zwalił go z krzesła, natomiast Dorcas zaczęła się gwałtownie krztusić.
-Tak, to ja, co się stało?
-Miałam się z wami spotkać, jestem nową uczennicą hogwartu.
W tej chwili z wrzaskiem zbiegła Lily.
-Dorcas, właśnie dostałam list od dyrektora, zaraz będzie tu…
-Jana Nova jestem – uśmiechnęła się wyciągając rękę w stronę Rudej.
-J-aa Lily Evans jestem- uścisnęła jej dłoń.
Czarnowłosej ta sytuacja od początku nie podobała. Ta dziewczyna coś planowała, ona chce jej odebrać przyjaciół.
- To co, może zrobimy jakiś wieczorek zapoznawczy? – spytała z tym swoim kocim akcentem.
-Nie dzięki- odmówiła od razu Dorcas.
Ta spojrzała na nią władczym wzrokiem, oczami uświadamiając jej, że wcale nie była zaproszona. Lily z zainteresowaniem przyglądała się tej scenie.
-Wybacz Jana, ja też nie mogę, źle się czuje.-rzekła Lily.
-Co Cię boli? –spytała troskliwie blondyna-Może mogę pomóc?
-Nie, to raczej nie ból fizyczny – odpowiedziała uśmiechając się serdecznie.
-Ja chętnie wpadnę – wyrwał się Syriusz.
O to jej chodziło, ona chciała jego.
-To do zobaczenia o 21, w moim pokoju.- powiedziała, a następnie pognała do swojego pokoju .
***
U Lily w pokoju
-Widziałaś jak ona zawija zderzakiem? – skarżyła się Dorcas.
-Dorc, proszę cię, nie posądzaj jej, nie znając.
-Ale..
-Tobie nie chodzi o nią samą w sobie, tobie chodzi o to, że spodobała się Syriuszowi.
-Nawet jeśli..
-Dorcas przestań – przerwała jej.-śpiąca jestem.
-Dobranoc –mruknęła czarnowłosa wychodząc z pokoju.
***
Lilyanne odczekała pół godziny, po czym wyślizgnęła się do pokoju Jamesa.
Spał.
-Jest słodki – szepnęła do siebie Ruda.
Podeszła do łóżka, przybliżyła się, pocałowała chłopaka w usta.
-Dobranoc- szepnęła.
-Już idziesz spać? – spytał James.
-E, no James, ty nie śpisz?
-Nie, nie śpię, wszystko czułem.-oznajmił.
-Bo wiesz, ja w nocy lunatykuje i tego, i, chyba przez przypadek –język jej się plątał niemiłosiernie.
-I chyba mnie pocałowałaś?
-No, ee…chyba – westchnęła.
Usiadł na łóżku, teraz nic nie cofnie czasu, pocałował ją. Namiętność wzięła górę, to uczucie, które kumulowało się przez wszystkie lata eksplodowało.
- Kocham Cie James, zawsze cie kochałam-wydusiła, gdy tylko oderwała od niego usta, by zaczerpnąć powietrza. Położyła się na łóżku, teraz cała należała tylko do niego…Na zawsze.
Namiętność…
x Od Autorki x
Mam nadzieje, że nota się podobała. Jest taka możliwość, że ją edytuje, jeśli po kilku dniach mi sie nie spodoba. Pozdrawiam.
komentarze [21]